www.lasowice.eu



Trzy wrześniowe dni
Powiat kluczborski, gmina Lasowice Wielkie
Panki, 1939 r.
Oddziały 7 Częstochowskiej Dywizji Piechoty, dowodzonej przez generała brygady Janusza Gąsiorowskiego, w składzie 25, 27 i 74 pułków piechoty oraz 7 pułku artylerii lekkiej, a także dywizjonu artylerii ciężkiej, czuwają na swoich osamotnionych stanowiskach obronnych biegnących szerokim łukiem na zachód od Częstochowy oraz na znacznie wysuniętych ku granicy zachodniej czołowych stanowiskach osłonnych. Szerokość pasa obronnego dywizji jest ogromna, gdyż sięga na przedniej linii osłonnej od Lubieńca na południu aż do Krzepie na północy, co stanowi blisko 40 kilometrów wycinku frontu i przekracza kilkakrotnie jej możliwości skutecznej obrony. Wyznaczono dla dywizji zadanie wprost niewykonalne.

Dywizja wchodzi w skład armii "Kraków" dowodzonej przez generała brygady Antoniego Szyllinga i stanowi jej północne oraz nadmiernie oddalone skrzydło, bardzo luźno powiązane z głównymi siłami tej armii przez Krakowską Brygadę Kawalerii. Odcinek obrony dywizji miał zamknąć szeroką lukę pomiędzy sąsiadującymi ze sobą liniami obronnymi armii "Łódź" i armii "Kraków", co obiektywnie oceniając można uznać za wprost nieprawdopodobne, zwłaszcza że leżał on na najkrótszej osi przypuszczalnego i rzeczywistego ataku niemieckiego od strony zachodniej na Warszawę.

W tej szczególnie niebezpiecznej sytuacji obronnej 7 Dywizji Piechoty przyszedł jej częściowo z pomocą dowódca armii "Łódź", generał dywizji Juliusz Rómmel, który dla lepszego zabezpieczenia swojego południowego skrzydła obronnego wprowadził swoją Wołyńską Brygadę Kawalerii na skraj północnego pasa działania 7 Dywizji Piechoty, to jest w rejon lasów na północ od Kłobucka.

Z brzaskiem pierwszego wrześniowego dnia o godzinie 4.45 ruszyły na Polskę z trzech stron niemieckie wojska napastnicze. Na przedpole Wołyńskiej Brygady Kawalerii i 7 Dywizji Piechoty wyszło z przygranicznych obszarów leśnych na wschód od Kluczborka, Olesna i Dobrodzienia niemieckie natarcie broni pancernej, w łoskocie motorów i gąsienic trzech korpusów pancernych, a w ślad za nimi trzech korpusów z 10 Armii. Główny, czołowy taran uderzeniowy tej armii stanowił 16 Korpus pancerny w składzie 1 i 4 Dywizji Pancernej to jest ponad 1 000 czołgów i pojazdów bojowych, gdyż niemiecka dywizja pancerna posiadała 480 czołgów, 48 samochodów pancernych, 24 działa pancerne, 48 działek przeciwlotniczych oraz dużą ilość moździerzy i ciężkiej broni maszynowej. Ten pancerny korpus zgrupowany był w lasach na wschód od Olesna, skąd stopniowo rozpoczął przekraczanie wpław granicznej i dość zabagnionej na tym odcinku rzeki Liswarty. Pozostałe dwa korpusy pancerne lekkie, to jest 14 i 15 posuwały się równolegle na prawym i lewym skrzydle 10 Armii.

Jako pierwsza ruszyła do ataku dywizja pancerna w kierunku na Krzepice, po uprzednim zbombardowaniu tego miasteczka przez Luftwaffe, gdzie powstały pożary, a wyrwana ze snu ludność uciekła w panice w kierunku wschodnim. Pierwszymi ofiarami napaści wroga stała się nasza straż graniczna. Wkraczające do miasteczka oddziały niemieckie wyparły broniącą się tam polską kompanię Obrony Narodowej, podległą dowódcy 7 Dywizji Piechoty i zaczęły początkowo dość ostrożnie rozwijać się w kierunku lasów położonych na północ od Kłobucka, na skraju których znajdowały się stanowiska obronne Wołyńskiej Brygady Kawalerii.

Od godziny 8.00 czołowe oddziały pancerne zaczęły zbliżać się do prowizorycznej obrony brygady, a następnie niemieckie bombowce nurkowe typu Ju-87 przystąpiły do bombardowania nie tylko stanowisk Wołyńskiej Brygady Kawalerii, lecz również okolicznych wsi i osiedli jak Danków, Działoszyn, Brzeżnica Nowa, Miedżno, Łobodno i Kłobuck. Później zaczęły ruszać do przodu kolejne fale natarcia oddziałów pancernych, wspierane silnym ogniem artylerii i bombardowaniem lotnictwa nurkowego. Walki te toczyły się z przerwami przez cały dzień. Najcięższe boje rozgorzały wokół zabudowań rozczłonkowanej w trzech grupach domów wsi Mokra, położonej na wielkiej polanie leśnej. Wkrótce wiele domów stanęło w płomieniach. Straty po obydwu stronach narastały z godziny na godzinę, ale pancerne kolosy wroga miały olbrzymią przewagę w stosunku do spieszonych szwadronów naszej kawalerii i dywizjonu artylerii.

W ślad za 4 Dywizją Pancerną ruszył wzdłuż jej prawego skrzydła oddział 1 Dywizji Pancernej, który już bez przeszkód ze strony polskiej obrony posuwał się skrycie przez zalesione rejony w kierunku Kłobucka, bronionego przez jeden batalion Obrony Narodowej.

Na kierunku Olesno - Częstochowa napór nacierającego wroga w rejonie wsi Przystań i Panki powstrzymały wysunięte kompanie piechoty z 1 batalionu 27 Pułku Piechoty, który wraz z baterią artylerii stał na wysuniętej pozycji obronnej przed miejscowością Truskolasy. Stanowiska tego batalionu bombardowane były przez niemieckie lotnictwo nurkowe, zginął wówczas od bomby dowódca batalionu major Marian Szulc. Po ciężkiej walce w ciągu dnia z czołowymi oddziałami niemieckiej 14 Dywizji Piechoty towarzyszącej 4 Dywizji Pancernej, nasz batalion oderwał się od nieprzyjaciela w godzinach wieczornych i wycofał się na północne skrzydło głównej pozycji obronnej 7 Dywizji Piechoty na zachodnim przedpolu Częstochowy.

Na kierunku Lubliniec - Częstochowa nacierała niemiecka 4 Dywizja Piechoty, której do godziny 12.00 stawiał zacięty opór na przedpolu Lublińca wysunięty 2 batalion 74 pułku Piechoty z baterią artylerii, dowodzony przez majora Kazimierza Rybickiego, ponosząc przy tym bardzo ciężkie straty. Dalsze walki opóźniające na linii górnego biegu Liswarty w rejonie miejscowości Lisów i Boronów stoczyły oddziały wydzielone 74 Pułku Piechoty, które wobec grożącego im okrążenia przez nieprzyjaciela zdołały przebić się później na główną pozycję obronną 7 Dywizji Piechoty w Częstochowie.

Od wczesnego rana 24 eskadra rozpoznawcza z lotnictwa armii "Kraków" przeprowadzała rozpoznanie ruchów nieprzyjaciela wzdłuż całego frontu armii, śledząc uważnie przede wszystkim szybkie posuwanie się korpusów pancernych wroga. Przydzielony do 7 Dywizji Piechoty 1 pluton 26 eskadry obserwacyjnej z lotniska polowego Zarębice, położonego na wschód od Częstochowy, zaczął przeprowadzać loty rozpoznawcze bliskiego przedpola dywizji. Pierwszy lot zakończył się zestrzeleniem samolotu przez oddziały własne, lecz załoga, która odniosła rany, zdołała szczęśliwie wylądować i uratować samolot.

Tego samego dnia we wczesnych godzinach popołudniowych został zestrzelony drugi samolot z tego plutonu, lecz tym razem przez niemieckie jednostki z 15 korpusu pancernego lekkiego w rejonie na wschód od Lublińca. Cała załoga w osobach dowódcy plutonu porucznika Leona Wrzeszcza i starszego sierżanta Adama Barana poniosła śmierć. Polegli lotnicy pogrzebani zostali w oddzielnych mogiłach w pobliżu leśniczówki w rejonie Strzebina.

W pierwszym dniu wojny w walkach z jednostkami niemieckiej 10 Armii największy sukces bojowy odniosła Wołyńska Brygada Kawalerii, dowodzona przez pułkownika dyplomowanego Józefa Filipowicza, która w dziesięciogodzinnej zażartej walce z 4 Bawarską Dywizją Pancerną odparła cztery niemieckie natarcia pancerne wsparte lotnictwem nurkowym, niszcząc około 50 czołgów niemieckich oraz kilkadziesiąt pojazdów opancerzonych. Zestrzelono również dwa samoloty niemieckie. Chociaż wróg miał wielokrotną przewagę jako wielka jednostka pancerna wspierana lotnictwem, to jednak waleczność, zaciętość i wielki opór w boju naszych kawalerzystów przyniosły Wołyńskiej Brygadzie Kawalerii najwyższe uznanie za ich bohaterską postawę 1 obronę. Swoją zwycięską walkę okupiła brygada poważnymi stratami, gdyż około 200 obrońców poległo i około 300 zostało rannych. Ponadto stracono 5 dział, 2 armatki przeciwpancerne, 4 samochody pancerne i około 300 koni. Mimo tych znacznych strat nie załamał się duch bojowy i wola oporu oficerów i ułanów Wołyńskiej Brygady Kawalerii, która walczyła dalej do końca tragicznych wrześniowych zmagań z niemieckim najeźdźcą.

Kiedy około godziny 18.00 czołowe oddziały 1 Niemieckiej Dywizji Pancernej wdarły się do Kłobucka i szybko ruszyły dalej w kierunku północno-wschodnim, co groziło obustronnym okrążeniem jednostek Wołyńskiej Brygady Kawalerii od północy i od południa, jej dowódca pułkownik Filipowicz nakazał swoim oddziałom wycofać się na następną linię obronną, położoną na wzgórzach na północ od miejscowości Miedźno i Łobodno. Pod wieczór obydwie walczące strony, znacznie wykrwawione i wstrząśnięte pierwszą całodzienną walką, utraciły ze sobą styczność na czas nocy.

Tak kończył się pierwszy dzień niemieckiej agresji i walk obronnych na przedpolu Częstochowy, w którym 10 Armia wroga wdarła się daleko w głąb obszaru Polski na osi stanowiącej dla napastnika główny kierunek uderzenia na Warszawę. W polskim planie obrony była to bardzo niebezpieczna luka pomiędzy ugrupowaniami armii "Łódź" i armii "Kraków", której nie była w stanie zamknąć i skutecznie bronić wyznaczona zaledwie jedna dywizja piechoty. Można to było uznać za błędną decyzję w ogólnym planie obrony, ale w rzeczywistości wynikało to z wielkiego niedoboru ilościowego i technicznego naszych sił obronnych, w porównaniu do kilkakrotnej przewagi militarnej napastnika.

Natomiast na dalekim zapleczu Częstochowy w kierunku Warszawy, w obszarze między Piotrkowem - Skierniewicami - Dęblinem i Skarżyskiem koncentrowała się polska armia odwodowa "Prusy", której część dywizji dopiero wyładowywała się z transportów kolejowych lub jeszcze nie dotarła do wyznaczonych rejonów koncentracji.

Tak rozpoczęły się błyskawiczne działania wojenne napastnika przy użyciu wojsk pancernych i lotnictwa, które wdzierając się klinami w polskie ugrupowanie obronne wychodziły na tyły stanowisk 7 Dywizji Piechoty na przedpolu Częstochowy, ostrzeliwując ją od północy i południa.

Dzień 2 września 1939 roku

W ciągu drugiego dnia niemieckiej agresji zaczął stopniowo pogłębiać się i narastać kryzys walki, szczególnie w luce częstochowskiej czyli na styku naszych armii "Łódź" i "Kraków". Chociaż Wołyńska Brygada Kawalerii w dniu 1 września przez swój zdecydowany opór w rejonie lasów na północ od Kłobucka uchroniła czasowo 7 Dywizję Piechoty od jej okrążenia od strony północnej przez niemiecką 4 Dywizję Pancerną, to jednak posuwające się w tyle czołowe oddziały 1 Dywizji Pancernej zdołały wedrzeć się na wschód i południowy wschód. Od rana dnia 2 września główna pozycja obronna 7 Dywizji Piechoty po zachodniej stronie Częstochowy była bombardowana przez lotnictwo niemieckie i ostrzeliwana przez ciężką artylerię. Czołowe oddziały 1 Dywizji Pancernej ostro ruszyły do przodu w kierunku miejscowości Kamyk i Radostków, a następnie na Mykanów.

Dowódca armii "Łódź" był bardzo zaniepokojony tym wdarciem się niemieckiej broni pancernej tak głęboko w lukę na południowym skrzydle jego armii, co zostało ponownie stwierdzone przez poranne własne rozpoznanie lotnicze, wykonane przez 32 eskadrę rozpoznawczą, której jeden z samolotów zestrzelił niemiecki samolot rozpoznawczy typu Hs-126. Stopniowo napływały dalsze meldunki z pola walki o niemieckiej broni pancernej okrążającej Wołyńską Brygadę Kawalerii od strony południowej. W tej sytuacji generał Rómmel zwrócił się z prośbą do Naczelnego Wodza o interwencję naszej brygady bombowej przeciwko niemieckim zagonom pancernym w tym rejonie. Nawet z odcinka obrony 27 Pułku Piechoty na północ od Częstochowy widoczne były na horyzoncie niemieckie czołgi posuwające się na wschód, co nieuchronnie groziło okrążeniem pozycji 7 Dywizji Piechoty od strony północnej. Wysłany na rozpoznanie tego rejonu samolot z 1 plutonu 26 eskadry obserwacyjnej został zestrzelony i runął w płomieniach na ziemię na pola wsi Borowno. Z płonącego samolotu uratował się skacząc ze spadochronem pilot kapral Franciszek Ciepliński a porucznik Władysław Szymik zginął w płomieniach. Był on już drugim dowódcą tego plutonu po zestrzeleniu samolotu porucznika Wrzeszcza w pierwszym dniu wojny.

Niemieckie lotnictwo rozpoznawcze prowadziło ustawicznie intensywne rozpoznanie pola walki i dalszego zaplecza, co wybitnie ułatwiało korpusom pancernym wymijanie i ostrzeliwanie polskich linii obronnych. Równocześnie z wyższych szczebli niemieckiego dowództwa biegły wszystkimi środkami łączności ponaglające rozkazy schneller, schneller, schneller dla przyspieszenia parcia do przodu całą siłą motorów, gdyż podbój Polski trzeba było przeprowadzić błyskawicznie. Główne zadanie spadło na broń pancerną i lotnictwo, które miało nie tylko wspierać działania ziemne na polu walki, lecz również niszczyć lotniska polskie i komunikację kolejową oraz siać panikę na tyłach frontu wśród ludności cywilnej.

Brygada Bombowa naszego lotnictwa, pozostająca w dyspozycji Naczelnego Wodza, dowodzona przez pułkownika dyplomowanego Władysława Hellera, w składzie dwóch dywizjonów samolotów typu Łoś oraz dwóch dywizjonów i jednej samodzielnej eskadry samolotów typu Karaś, co stanowiło łącznie 86 samolotów bojowych, znalazła się tuż przed wybuchem wojny na wyznaczonych lotniskach polowych, rozmieszczonych szerokim łukiem od Radomia po Białą Podlaską.

Mój 6 Dywizjon Bojowy, dowodzony przez majora Alfreda Peszke, w którym pełniłem służbę, opuścił lotnisko lwowskie w dniu 31 sierpnia i o godzinie 13.00 wylądował na polowym lotnisku Nosów, położonym w odległości 15 kilometrów na północ od Białej Podlaskiej. W pierwszym dniu wojny już od świtu pozostawał w gotowości alarmowej do akcji bojowej, lecz nie został użyty. Dopiero w dniu 2 września po porannym rozpoznaniu naszego lotniska przez nisko lecący samolot niemiecki, a następnie po późniejszym zrzuceniu trzech bomb przez klucz niemieckich bombowców typu Do-17, wystartowaliśmy o godzinie 11.00 na pole walki, z zadaniem bombardowania niemieckich jednostek pancernych na przedpolu Częstochowy w wycinku od Kłobucka do miejscowości Herby Stare. Pierwsze pięć kluczy naszych Karasi poleciało pod moim dowództwem, a ostatni, szósty klucz poprowadził dowódca dywizjonu, co nastąpiło z blisko półgodzinnym opóźnieniem w wyniku trudności technicznych powstałych przy starcie dwóch samolotów. Razem do akcji bojowej wystartowało 19 samolotów, z czego jeden na rozpoznanie pola walki.

Przelot naszych pięciu kluczy obfitował w różne przygody, nie licząc mało celnego bombardowania naszego lotniska przez Luftwaffe. Mimo niskiej wysokości lotu, w granicach 200 do 300 metrów z uwagi na niewielki pułap chmur, co powinno ułatwić naszej obronie przeciwlotniczej rozpoznanie dużych lotniczych szachownic na dolnej płaszczyźnie skrzydeł, zostaliśmy ostrzelani przez obronę przeciwlotniczą w rejonie lotniska Ułęż, gdzie bazował wtedy 10 Dywizjon Bombowy Łosi, dowodzony przez podpułkownika Józefa Werakso. Zbliżając się do Dęblina oglądaliśmy przeprowadzony w tym czasie niemiecki atak bombowy na naszą Szkołę Orląt poprzez okna w chmurach, przy stosunkowo silnym ogniu naszej artylerii przeciwlotniczej. W dalszym locie zostaliśmy bardzo silnie ostrzelani ogniem karabinów maszynowych w rejonie Pionek koło Radomia. Kiedy około godziny 12.40 przelatywaliśmy w pobliżu szosy Radomsko - Częstochowa, zauważyłem ze znacznej odległości po jej północnej stronie kilka ciemnych ruchomych punktów i smugi kurzu na polach, co bardzo mnie zaniepokoiło. Były to jakieś pojazdy mechaniczne wyłaniające się z lasów w rejonie wsi Mykanów - Cykarzew. Z uwagi na prowadzenie przeze mnie pięciu kluczy dywizjonu do ataku bombowego w rejonie na zachód od Częstochowy, nie mogłem teraz zbaczać z trasy i tracić czas oraz cenne paliwo na rozpoznanie tego rejonu, ale postanowiłem uczynić to w drodze powrotnej po wykonaniu głównego zadania. Obserwując teren dostrzegłem na południe od szosy kilka pożarów wsi, co było na pewno barbarzyńskim dziełem niemieckich lotników, aby siać popłoch wśród ludności cywilnej na zapleczu frontu.

Wkrótce zarysowały się przed nami wieże kościelne z dominującą nad miastem wieżą klasztoru na Jasnej Górze i kominy fabryczne oraz chmury dymów nad Częstochową. Dolatując do miasta od dzielnicy Zawodzie na wysokości około 150 metrów spostrzegłem na jednym z placów fabrycznych grupę szybko rozbiegających się robotników, którzy po chwili zawrócili i pozdrawiali nas rękoma i wyciągniętymi chusteczkami. Kiedy następnie przelatywaliśmy nad torami kolejowymi na południowy zachód od dworca, zostaliśmy niespodziewanie silnie ostrzelani ogniem z karabinów maszynowych polskiej obrony przeciwlotniczej, w wyniku czego został zabity w jednym z naszych samolotów podporucznik Michał Nowacki. Na szczęście to kolejne bolesne "nieporozumienie" ze strony własnych wojsk obyło się już bez dalszych ofiar i uszkodzeń naszych samolotów.

Po tym incydencie przeleciałem na tyłach stanowisk obronnych 7 Dywizji Piechoty, po czym skierowałem się w stronę Kłobucka, spodziewając się spotkania na tej szosie niemieckich oddziałów pancernych. Cały odcinek szosy był jednak wolny od wszelkiego ruchu, wobec czego postanowiłem szukać napastników na szosie prowadzącej z Częstochowy do Olesna, zaczynając od miejscowości Wręczyca Wielka. Po paru minutach przy mijaniu wsi Truskolasy zobaczyłem opuszczone stanowiska obronne piechoty i artylerii oraz głębokie leje po wybuchach bomb lub pocisków ciężkiej artylerii, gdzie pierwszego dnia wojny swojej wysuniętej pozycji bronił 1 Batalion 27 Pułku Piechoty z baterią artylerii. Lecąc dalej na małej wysokości, aby nie zdradzić przedwcześnie nieprzyjacielowi naszego zbliżenia się wzdłuż szosy, zobaczyłem nagle w połowie drogi z miejscowości Truskolasy do wsi Fanki czoło niemieckiej kolumny pancernej i długą smugę kurzu. Po natychmiastowej zmianie naszego szyku z kolumny kluczy w ciąg pojedynczych samolotów w celu zapewnienia sobie większej celowości bombardowania i lepszej swobody manewrowania, zaczęliśmy bombardować zbliżającego się wroga. Rozpoczęło się kilkunastominutowe piekło walki. Chociaż w pierwszej chwili udało się nam osiągnąć zaskoczenie wroga zanim zdążył otworzyć do nas silny ogień z działek przeciwpancernych, które błyskawicznie zjeżdżały z szosy na pola wzdłuż całej bombardowanej kolumny pancernej, aby nas bardziej skutecznie razić ogniem ze swoich długich luf. Długość kolumny składającej się z czołgów, pojazdów opancerzonych, dział pancernych oraz ciężarowych i na końcu z długiej kolumny artylerii o konnym zaprzęgu, oceniłem w przybliżeniu na 10 do 12 kilometrów. Kiedy po stopniowym zrzuceniu wszystkich bomb znaleźliśmy się poza graniczną w tym rejonie rzeczką Liswartą, mieliśmy przed sobą bardzo wdzięczny cel do ataku ogniem karabinów maszynowych z koszącego lotu tej właśnie jednostki artylerii. W wielkim podnieceniu walki oglądaliśmy jak wywracały się w panice konne zaprzęgi artyleryjskie lub wpadały na siebie tworząc kłębowiska ludzi, koni i dział, a inne w szalonym galopie pędziły do lasów oleskich, szukając tam schronienia. Szał walki naszych załóg ścigających rozproszonego wroga w bardzo rozluźnionym szyku lotu dawał nam olbrzymią satysfakcję, że wreszcie mamy możność walki z agresorem i to nawet na ówczesnym jego terenie, chociaż nasze przestarzałe Karasie nie były skonstruowane do działań szturmowych.

Kiedy znalazłem się nad lasami oleskimi i spojrzałem na to trzynastowieczne miasteczko, ongiś siedzibę kasztelanów księstwa opolskiego, później nazwanego przez Niemców Rosenbergiem, postanowiłem zawrócić w drogę powrotną na nasze lotnisko. Zdecydowałem się jednak sprawdzić co się dzieje na szosach z Olesna do Lublińca i z Lublińca do Częstochowy. To, co tam zobaczyłem przeraziło mnie ogromnie, bo obydwie szosy były zatłoczone niekończącymi się kolumnami wojsk napastnika, głównie piechoty i pojazdów mechanicznych, co wyglądało jak ciemne wąskie chmury szarańczy, która spadł nagle na polskie ziemie.

W dalszej drodze powrotnej już w pobliżu Częstochowy spotkaliśmy się z niemieckim samolotem typu Dornier, który gwałtownie przeszedł w lot nurkowy nie chcąc widocznie spotkać się z nami. Po wyminięciu Częstochowy od strony południowej zmieniłem kurs w kierunku szosy do Radomska, aby teraz dokładnie rozpoznać pojazdy mechaniczne zauważone w drodze na pole walki.

Okazało się, że była to grupa kilkunastu czołgów i pojazdów opancerzonych z dobrze widocznymi czarnymi krzyżami, które zbliżały się do wsi Witkowice i Kłodno przy szosie do Radomska. A więc to już tutaj dotarły czołowe oddziały pancerne 16 Korpusu, wdzierające się błyskawicznie w lukę częstochowską i wychodzące na tyły linii obronnej 7 Dywizji Piechoty. Uświadomienie sobie tej bardzo groźnej sytuacji uderzyło we mnie niczym przysłowiowy piorun z jasnego nieba, ale cóż było robić, skoro taka była rzeczywistość.

Straty poniesione przez 6 Dywizjon Bombowy w tej pierwszej walce, która stała się naszym chrztem ogniowym, wynosiły: dwóch zabitych oficerów to jest podporucznik Michał Nowacki i porucznik Michał Brzeski z klucza prowadzonego przez dowódcę dywizjonu. Został on ciężko ranny podczas bombardowania nieprzyjacielskiej kolumny, a następnie zmarł w czasie przymusowego lądowania jego samolotu w rejonie wsi Kiedrzyń koło Częstochowy (dzisiaj włączonej w obręb miasta). Tutaj również nastąpiło nieporozumienie naszych oddziałów z 27 Pułku Piechoty czy też z Batalionu Obrony Narodowej, które ostrzelały ogniem z karabinów maszynowych lądujący samolot. Ciało zabitego porucznika Brzeskiego zostało początkowo pogrzebane na polu w pobliżu samolotu, a po kilku dniach przeniesiono je skrycie w nocy do wsi Kiedrzyń i pogrzebano obok miejscowego kościoła parafialnego, gdzie dotąd spoczywa w samotnej mogile. Pozostali członkowie załogi, to jest plutonowy Kazimierz Sobczak, który został ranny w głowę i kapral Tadeusz Okoński dość ciężko ranny w lewe przedramię, zostali odesłani na leczenie do szpitala w Kielcach. Podczas bombardowania niemieckiej broni pancernej w zgrupowaniu, w którym dowodziłem, został zastrzelony na polu walki samolot z załogą: podporucznik Zygmunt Szumełda, kapral Mieczysław Zołoteńko i kapral - Stanisław Rozmus, którzy odnieśli rany i dostali się do niewoli. Poza tym w innym samolocie został ciężko ranny w lewą rękę pilot kapral Adolf Leszek, który wykazał olbrzymi hart ducha, doprowadzając w swym ciężkim stanie samolot na lotnisko Sadków koło Radomia, skąd odwieziono go na operację do szpitala. W dalszym samolocie został ciężko ranny kapral Aleksander Semaniuk, któremu niemiecki pocisk działka przeciwlotniczego roztrzaskał staw skokowy prawej nogi. Po powrocie na lotnisko dywizjonu ranny podoficer został odwieziony do szpitala w Białej Podlaskiej.

Wracaliśmy wszyscy odurzeni dymem bitewnym w czasie tego śmiertelnego tańca nad atakowanym wrogiem, ziejącym do nas setkami pocisków z działek przeciwlotniczych, przygnębieni widokiem niezliczonych kolumn wojsk najeźdźcy wkraczających na polskie ziemie, stratą kolegów oraz siedmiu samolotów, z których cztery musiały przymusowo lądować w drodze powrotnej wskutek odniesionych uszkodzeń w walce. Jednak straty naszego dywizjonu nie były wysokie, głównie dlatego, że lecieliśmy nisko i na pełnej szybkości oraz dzięki temu, że nie dostrzegły nas śmiercionośne Messerschmitty.

Po wylądowaniu i uzupełnieniu paliwa na lotnisku Nosów otrzymaliśmy rozkaz od dowódcy dywizjonu odlotu z dziewięciu Karasiami na lotnisko zapasowe Franopol, gdyż dalsze pozostawanie na dotychczasowym lotnisku groziło zniszczeniem przez bombowce niemieckie.

Tego dnia od wczesnego rana 2 Krakowski Dywizjon Bombowy wysłał kolejno dwie załogi na rozpoznanie ruchów niemieckich oddziałów pancernych w rejonie Częstochowy. Pozostałe samoloty z 1 Plutonu 26 Eskadry Obserwacyjnej przesunęły się z zagrożonego lotniska Zarębice na lądowisko Małachów w Rejonie Szczekocin.

W ciągu całego dnia pozycja obronna 7 Dywizji Piechoty przed Częstochową broniła się głównie ogniem swego dywizjonu artylerii ciężkiej oraz zwalczała atakujące ją samoloty wroga, zestrzeliwując łącznie siedem niemieckich samolotów. W jednym z nich znajdował się oficer niemiecki ze sztabu dowódcy 11 Armii, który posiadał przy sobie rozkazy operacyjne i wykaz wielkich jednostek w składzie armii. Tymczasem zagrożenie 7 Dywizji Piechoty narastało z godziny na godzinę, gdyż czołowe oddziały 1 niemieckiej Dywizji Pancernej dotarły w godzinach popołudniowych do szosy Częstochowa - Radomsko w rejonie wsi Kłomnice, a wieczorem osiągnęły nawet brzegi Warty wraz z mostem w rejonie osady Gidle. W godzinach wieczornych dywizja odparła na swoim północnym skrzydle natarcie 4 Dywizji Piechoty. Natomiast sąsiednia Krakowska Brygada Kawalerii, walcząc przez kilka godzin z niemiecką 2 Dywizją Pancerną z 15 Korpusu Lekkiego, zmuszona była wycofać się za rzekę Wartę na linię miejscowości Nadwarcie-Zawiercie. W tej tak bardzo groźnej sytuacji na północnym skrzydle armii "Kraków", jej dowódca generał Szylling rozkazał wycofać się 7 Dywizji Piechoty w ciągu nocy w rejon lasów obok miejscowości Janów w kierunku Koniecpola. W ten sposób luka w polskim ugrupowaniu obronnym w rejonie Częstochowy zamiast się zwężać uległa dalszemu rozwarciu. Potwierdził to meldunek lotnika porucznika Chełstowskiego z 1 Plutonu 25 Eskadry Obserwacyjnej, który w nocy z 2 na 3 września udał się samochodem do miejsca postoju sztabu dywizji, gdzie jej nie zastał wobec pośpiesznej ewakuacji w obliczu zamykających się błyskawicznie niemieckich kleszczy pancernych wokół wycofującej się dywizji.

Wdarcie się niemieckich jednostek pancernych w lukę częstochowską i groźba dalszego ich błyskawicznego posuwania się w kierunku Warszawy, zmusiła Naczelnego Wodza do wydania rozkazów odwrotu armii "Łódź" na linii rzeki Warty i Widawki, a armii "Kraków" na linię rzeki Nidy i Dunajca, jak również wobec dodatkowego zagrożenia tej armii przez niemiecką broń pancerną na jej południowo-zachodnim skrzydle.

Tak rozpoczął się wymuszony przez nieprzyjaciela nocny, uciążliwy i wyczerpujący odwrót naszych wojsk, a następnie pościg za nimi szybkich dywizji napastnika w ciągu następnego dnia.

Z przyczyn tego odwrotu, którym objęty został prawie cały polski front walk obronnych, bardzo niewielu polskich obrońców zdawało sobie jasno sprawę, gdyż była to po raz pierwszy zastosowana w Europie błyskawiczna wojna przy użyciu szybkich dywizji pancernych i zmotoryzowanych oraz lotnictwa.

Dzień 3 września 1939 roku

Po całonocnym wycofywaniu się 7 Dywizji Piechoty z głównej pozycji obronnej po zachodniej stronie Częstochowy do rejonu lasów janowskich, jej poszczególne oddziały zostały ugrupowane zbyt szeroko i głęboko, co ułatwiło niemieckim dywizjom kolejne ich oskrzydlenie i atakowanie w odosobnieniu. Już około godziny 8.00 drugi batalion 74 Pułku Piechoty po poniesionych stratach szczególnie w pierwszym dniu wojny, posuwając się teraz jako straż boczna ugrupowania dywizji został zaskoczony i rozbity przez niemieckie oddziały pancerne 3 Dywizji Lekkiej z 15 Korpusu, które wdarły się w ten rejon od strony południowo-wschodniej. W dwie godziny później te same oddziały pancerne uderzyły na wieś Janów, gdzie w pobliżu zajął stanowiska obronne odwód 7 Dywizji Piechoty, złożony z pierwszego i trzeciego batalionu 74 Pułku Piechoty wraz z dywizjonami artylerii lekkiej i ciężkiej. Przy tym odwodzie znajdowało się stanowisko bojowe dowódcy dywizji generała Gąsiorowskiego. Wywiązała się tutaj zażarta walka, w czasie której zadano niemieckiemu napastnikowi duże straty w rejonie lasu na wschód od Janowa.

Tymczasem na kierunku głównego uderzenia niemieckiej 10 Armii po osi Częstochowa - Radomsko ruszył od wczesnego rana 16 Korpus Pancerny do dalszego natarcia w kierunku Piotrkowa. Niemiecka 4 Dywizja Pancerna po nocnym wycofaniu się Wołyńskiej Brygady Kawalerii ze stanowisk na wschód od wsi Ostrowy, ruszyła początkowo dość ostrożnie w kierunku na Brzeźnicę. a następnie dalej równolegle do szosy Radomsko - Piotrków. Natomiast 1 Dywizja Pancerna z przyczółka Gidle uderzyła na Radomsko i Przedbórzw celu uchwycenia przepraw na Pilicy. Posuwanie się pancernych kolumn napastnika na drogach hamowały wielkie tłumy ludności cywilnej, uciekającej przed wrogiem, który ustawicznie wzniecał liczne pożary na drodze swego uderzenia, co wywoływało panikę. Meldunki o tych ruchach 16 Korpusu Pancernego docierały z opóźnieniem do sztabu Naczelnego Wodza w Warszawie, budząc wielką konsternację i niepokój.

W obliczu tej sytuacji dowódca Brygady Bombowej, na polecenie Naczelnego Wodza, wydał rozkaz rzucenia przeciwko temu korpusowi eskadry 2 Krakowskiego Dywizjonu Bombowego, dowodzonego przez majora Jana Białego oraz 55 Lidzką Eskadrę Bombową. W godzinach porannych dowódca 21 Eskadry Bombowej kapitan Jan Buczma wysłał jeden samolot z załogą: podporucznik Rudolf Wilczak, sierżant Wojciech Uryzaj i kapral Ścibich na rozpoznanie ruchów 16 Korpusu Pancernego w rejonie Radomsko - Częstochowa. Samolot ten został zestrzelony około godziny 10.00 i runął w płomieniach na pola wsi Wygoda w gminie Gidle, gdzie początkowo pogrzebano ciała poległych lotników. W godzinę później ta sama eskadra wysłała dwa klucze samolotów na bombardowanie niemieckich oddziałów pancernych w rejonie Radomska. Podczas wykonywania tego zadania jeden samolot polski został zestrzelony przez artylerię przeciwlotniczą agresora. Dowódca pierwszego klucza kapitan Stefan Albert i plutonowy Wacław Buczyłko uratowali się skokiem ze spadochronem, a podchorąży Mieczysław Mazur zginął w płonącym samolocie w rejonie między wsiami Olszynki i Katarzyną, gdzie pochowano zwłoki. Natomiast drugi klucz prowadzony przez kapitana Jana Buczmę zbombardował niemiecką kolumnę pancerną na szosie z Radomska do Kamieńska, po czym wysłał jedną załogę na przeprowadzenie szczegółowego rozpoznania ruchów nieprzyjaciela w obszarze Radomsko - Przedburz - Gorzkowice. Samolot ten został zestrzelony przez obronę przeciwlotniczą 1 Dywizji Pancernej w rejonie wsi Dmenin. Z załogi tej uratował się skokiem ze spadochronem jedynie tylko pilot kapral Stanisław Obierek, a pozostali dwaj lotnicy, to jest podporucznik Tadeusz Król i kapral Ignacy Mularczyk zginęli. Prawdopodobnie pogrzebano ich w tej samej wsi.

Natomiast 22 Eskadra Bombowa, stojąca na lotnisku polowym Kamień w pobliżu Białobrzegów, wysłała również w godzinach porannych trzy klucze samolotów w odstępach dziesięciominutowych na bombardowanie niemieckich oddziałów pancernych w obszarze Radomsko-Pławno-Gidle oraz na ostrzeliwanie z broni pokładowej z lotu koszącego wszelkich niemieckich środków transportu. Podczas atakowania nieprzyjaciela i ostrzeliwania samolotów przez artylerię przeciwlotniczą, dwa klucze Karasi zostały zaatakowane przez myśliwski dywizjon Messerschmittów w czasie walki powietrznej trzy Karasie zostały zestrzelone. W rejonie wsi Zagórze w gminie Gidle zginął dowódca 22 Eskadry kapitan Kazimierz Słowiński wraz z porucznikiem Stanisławom Walkowem i kapralem Stanisławom Korytowskim. W pozostałych dwóch samolotach w pobliżu Radomska zginęli: podporucznik Józef Jeleń, podporucznik Władysław Żupnik i kapral Stanisław Kapturkiewicz oraz podporucznik Jan Klimek, kapral Mikołaj Jurcewicz i kapral Biskup.

W godzinach popołudniowych nowy dowódca 22 Eskadry porucznik Bolesław Nowicki poprowadził ponownie dwa klucze samolotów na zwalczanie broni pancernej w rejonie Radomska. Po wykonaniu tego zadania jedna z załóg otrzymała dodatkowe zadanie rozpoznania ruchu na drogach wyprowadzających z Radomska. Tym razem również eskadra została zaatakowana przez sześć niemieckich myśliwców Me 109, lecz tym razem wróg nie odniósł większego sukcesu i tylko jeden polski samolot został uszkodzony. Zdołał on jednak dociągnąć do lotniska, ale przy lądowaniu stanął w płomieniach. Obsługa techniczna eskadry z narażeniem własnego życia zdołała uratować rannych lotników: kaprala Feliksa Marka i kaprala Władysława Gaconia. Natomiast ciężko ranny w powietrzu podporucznik Wacław Grandys zginął w płonącym samolocie i pochowany został na cmentarzu w Radomiu. Podobny los spotkał załogę samolotu wysłanego na rozpoznanie dróg. Został on zaatakowany przez niemieckie myśliwce w rejonie Osady Gidle, w wyniku czego kapral Andrzej Ustupski został zabity w powietrzu, podporucznik Stanisław Kalinowski ciężko ranny i plutonowy Gustaw Hławiczka lżej ranny. Zostali oni uratowani po przymusowym lądowaniu z płonącego samolotu przez miejscową ludność.

Straty w obydwu eskadrach 2 Dywizjonu Bombowego były bardzo poważne, gdyż jednego dnia poległo ośmiu oficerów, jeden podchorąży i ośmiu podoficerów oraz rannych zostało jeden oficer i trzech podoficerów. Stracono także siedem samolotów.

Ostatnia 55 Lidzka Eskadra Bombowa, dowodzona przez kapitana Józefa Skibińskiego, znajdowała się od dnia 31 sierpnia na lotnisku polowym Marynin w pobliżu Radzynia. W dniu 3 września o godzinie 7.30 został wysłany jeden samolot z tej eskadry na rozpoznanie niemieckich jednostek pancernych w obszarze Radomsko - Częstochowa. Przez czterdzieści pięć minut po starcie samolot ten utrzymywał łączność radiową ze swoją eskadrą, po czym urwał się z nim kontakt na zawsze, gdyż został zestrzelony. Z załogi samolotu uratował się jedynie skacząc ze spadochronem pilot plutonowy Henryk Borys, a pozostali członkowie podporucznik Czesław Podogrodzki i kapral Jan Leśniewski ponieśli śmierć w rejonie wsi Dmenin. Zwłoki poległych lotników zostały pogrzebane na cmentarzu wsi Bugaj. O godzinie 10.00 wystartowały kolejno trzy klucze Karasi z tej eskadry na poszukiwanie i bombardowanie niemieckich jednostek pancernych w rejonie Radomska. Z zadania tego nie powrócił jeden samolot z dowódcą drugiego klucza, porucznikiem Tadeuszem Frąckowiakiem, którego dobrze znałem jako lotnika o wysokich cechach bojowości. Samolot ten został zestrzelony przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą i runął w płomieniach na pole walki. Obok dowódcy klucza polegli: kapral Czesław Borzęcki i kapral Czesław Buziuk. Razem eskadra straciła dwóch oficerów i trzech podoficerów. Jeden podoficer dostał się do niewoli. Stracono dwa samoloty.

Naocznym świadkiem szturmowych ataków naszych Karasi na niemiecką broń pancerną w godzinach przedpołudniowych na szosie Radomsko - Kamieńsk, był porucznik Jackiewicz z 23 Pułku Ułanów Wileńskiej Brygady Kawalerii z armii odwodowej "Prusy", która w pierwszych dniach wojny dopiero koncentrowała się i wyładowywała z transportów kolejowych w obszarze Tomaszów Mazowiecki - Skierniewice - Radom - Skarżysko. Porucznik Jackiewicz był dowódcą pojazdu konnego wysłanego przez dowódcę brygady daleko wprzód w kierunku Radomska w celu rozpoznawania ruchów niemieckich oddziałów pancernych. Obserwując z ukrycia posuwające się nieprzyjacielskie czołgi i pojazdy bojowe na szosie z Radomska do Kamieńska, dowódca patrolu przekazywał do dowództwa swojej brygady drogą radiową swe spostrzeżenia. Kiedy zobaczył atak kluczy Karasi wykonywany z niskiego lotu na niemiecką kolumnę na szosie był tym zachwycony, a jego ułani patrzyli jak urzeczeni na ponawiane parokrotnie ataki polskich samolotów oraz cieszyli się z powstałej paniki wśród Niemców. Meldunek o tym ataku przekazał porucznik Jackiewicz do swego dowództwa, chociaż był to zaledwie drobny epizod walki, który nie mógł mieć większego wpływu na wyścig z czasem niemieckiego pancernego uderzenia, ustawicznie popędzanego odgórnymi rozkazami przy nienapotykaniu na większy opór ze strony prawie bezsilnych polskich oddziałów piechoty. Po wycofaniu się 7 Dywizji Piechoty i Wołyńskiej Brygady Kawalerii, luka w ugrupowaniu polskiej obrony w rejonie Częstochowy była teraz całkowicie otwarta dla napastnika z powodu braku dalszych linii obronnych aż do Piotrkowa. Tam dopiero później dowódca armii odwodowej "Prusy", generał Dąb-Biernacki wysunął do przodu swoją 19 Dywizję Piechoty dla ratowania bardzo groźnej, a nawet już katastrofalnej sytuacji bojowej na tym odcinku frontu.

W godzinach popołudniowych 3 września na rozkaz generała Gąsiorowskiego odwód 7 Dywizji Piechoty zaczął przebijać się z niemieckiego okrążenia w kierunku wschodnim za Pilicę, podczas którego doszło znów do bardzo ciężkich i krwawych walk. Zginął wtedy kolejny dowódca batalionu 74 Pułku Piechoty major Jan Wrzosek oraz kilku niższych dowódców. Po dwugodzinnej bitwie i wykrwawieniu się oddziałów powzięto decyzję wycofania się na skraj lasu, gdzie polskie oddziały broniły się nadal z niebywałą zaciętością i uporem. Pozostałe dwa pułki dywizji, to jest 25 Pułk Piechoty i 27 Pułk Piechoty, każdy z przydzielonym dywizjonem artylerii lekkiej, stoczyły oddzielnie dwie walki, będąc atakowane od tyłu przez oddziały pancerne, a od przodu i z boku przez dwie dywizje piechoty z 4 Korpusu Saskiego, co świadczyło, że oddziały polskiej dywizji znalazły się już w całkowitym okrążeniu. Po kilkugodzinnej walce, dowódcy obu pułków postanowili przerwać walkę w późnych godzinach wieczornych i rozpocząć nocny odwrót w celu wyrwania się z okrążenia, każdy pułk oddzielnie. W rejonie miejscowości Złoty Potok trwał nocny bój na bagnety, gdyż Polacy chcieli za wszelką cenę przebić się na wschód przez potężny i stale zaciskający się pierścień olbrzymiej przewagi wroga. Również dowódca 74 Pułku Piechoty, pułkownik Wacław Wilniewczyc na czele jednej grupy z ocalałych oddziałów swego pułku i szwadronu kawalerii dywizyjnej podjął kolejną próbę przebicia się i uderzył na wroga. Chwyciwszy karabin z rąk zabitego żołnierza, sam ranny i zakrwawiony, z okrzykiem "na bagnety" przebił się brawurowo przez niemiecki pierścień okrążenia. Natomiast drugiej grupie żołnierzy prowadzonej przez zastępcę dowódcy pułku, podpułkownika dyplomowanego Stanisława Wilimowskiego, który został ciężko ranny idąc do walki w czołowym plutonie, nie udało się, niestety, wyrwać z niemieckiego okrążenia.

W nocy z 3 na 4 września wycofujące się zgrupowanie 25 Pułku Piechoty zostało zaskoczone przez niemiecką silną zaporę ogniową w rejonie Janowa, wobec czego dowódca pułku podzielił ocalałe oddziały na małe grupy z rozkazem przedzierania się na własną rękę, co im się częściowo udało. Podczas dalszych nocnych walk zgrupowanie 27 Pułku Piechoty również poniosło pewne straty, a w godzinach porannych dnia 4 września stoczyło w rejonie wsi Ligota Gawronna swoją ostatnią bitwę z przeważającymi siłami niemieckimi, w której uległo rozbiciu. W godzinach przedpołudniowych tego dnia resztki oddziałów 74 Pułku Piechoty oraz dywizjonów artylerii lekkiej i ciężkiej wraz ze sztabem i dowódcą 7 Dywizji Piechoty, generałem Gąsiorowskim, zostały otoczone przez wroga i wzięte do niewoli. Jedynie małym oddziałom dywizji udało się wydostać z osaczenia i brać udział w dalszych wrześniowych walkach.

W wyniku tych końcowych walk 7 Dywizja Piechoty, północne skrzydło armii "Kraków" zostało całkowicie odsłonięte, a pancerne dywizje wroga i podążające w ślad za nimi dywizje piechoty zaczęły bez przeszkód wdzierać się w powstałe wgłębienie frontu w kierunku Radomsko - Piotrków, a następnie znacznie je rozszerzać. Czołowe oddziały niemieckiej 1 Dywizji Pancernej zajęły płonący, po lotniczym zbombardowaniu, Kamieńsk, gdyż napastnik konsekwentnie i niszczycielsko realizował swój plan agresji i dewastacji wzdłuż wyznaczonej osi głównego pancernego uderzenia na stolicę Polski. Krwawo zakończył się rzeczywisty i nowoczesny epos zmagań oddziałów częstochowskiej dywizji, która otrzymała zadanie przekraczające jej siły i możliwości, podobnie jak to miało miejsce na innych odcinkach polskiej obrony. Trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że poszczególne pułki i bataliony 7 Dywizji Piechoty walczyły od początku do końca z wielką odwagą, uporem i poświęceniem z przeważającymi siłami nieprzyjaciela, zmagając się w osamotnieniu i w kleszczach pancernego uścisku. Jednostki te biły się już nie dla zwycięstwa, lecz w obronie honoru Ojczyzny i honoru polskiego żołnierza.

Na tym samym szlaku bojowym przyszli z pomocą częstochowskiej dywizji polscy lotnicy z Brygady Bombowej, którzy walczyli z godnym podziwu bojowym zapałem i odwagą na swoich przestarzałych samolotach typu Karaś, wobec kilkakrotnej przewagi nowoczesnego lotnictwa niemieckiego i bardzo silnej obrony przeciwlotniczej w dywizjach pancernych. Pomimo ponoszonych bardzo dużych strat, lotnicy polscy nie załamywali się, lecz z wielkim hartem ducha i zaciętością rwali się do walki, aby niszczyć napastnika do kresu swych możliwości. Ich bohaterstwo potwierdził Naczelny Wódz w swoim krótkim wrześniowym rozkazie do lotników, w którym na zakończenie powiedział: "...Polska będzie zawsze o tym ze czcią pamiętać".

W ciągu zaledwie trzech pierwszych dni wojny w pasie działania niemieckiego 16 Korpusu Pancernego na przestrzeni od Olesna (Rosenberg) do Radomska zginęło 27 polskich lotników, głównie z Brygady Bombowej (24), w tym 14 oficerów, 1 podchorąży i 12 podoficerów, których mogiły rozrzucone zostały na szlaku bojowym ich walk na ziemi częstochowskiej. Dzisiaj tylko dwie samotne mogiły, to jest porucznika Michała Brzeskiego w Częstochowie (Kiedrzyń) i podporucznika Michała Nowackiego w Białej Podlaskiej zostały zidentyfikowane i nienaruszone od dnia ich śmierci.

Natomiast los mogił pozostałych lotników był bardzo różnorodny, bo ślady ich zostały zatarte, głównie wskutek nierozważnych akcji przy częściowej ekshumacji przed ich utożsamieniem, co spowodowało, że rodziny poległych lotników przez długie lata daremnie poszukiwały ich grobów. Dzisiaj cień zapomnienia ze strony miejscowego społeczeństwa pokrył ofiarę ich życia i przelanej krwi w obronie napadniętej Ojczyzny, pogłębiając smutek i gorycz ich rodzin oraz towarzyszy broni, którzy wspólnie z nimi walczyli na częstochowskiej ziemi. Przecież oni nie byli fikcją, lecz prawdą i rzeczywistością, gdyż na polskiej ziemi wyrośli i w jej obronie oddali swe młode życie.

Przywołując pamięć poległych lotników trzeba dobitnie stwierdzić, że ofiara złożonego przez nich życia u progu niemieckiej agresji na Polskę stała się posiewem bohaterskiej i uporczywej walki z wrogiem nie tylko dla ich kolegów, których hart ducha podziwiał świat, lecz wzorem i przykładem dla innych ofiarnych synów naszej Ojczyzny, którzy na wszystkich frontach i w walce podziemnej czynem zbrojnym dokumentowali swój patriotyzm i umiłowanie wolności, bo wszyscy byli Polakami i mieli Polskę w sercu. Nie zapominajmy o ich ofierze, bo zapomnieć to gorzej niż umrzeć.

Kazimierz Jaklewicz

Podpułkownik obserwator Kazimierz Jaklewicz urodził się 28 listopada 1907 roku w Sosnowcu. Jako dziecko głęboko przeżywał lata, kiedy Polska była rozdarta przez trzech zaborców, potem pierwszą wojnę światową, końcową jej fazę, okres powstań śląskich i zrywu narodu polskiego do odzyskania niepodległości. Brał czynny udział w niepodległościowych organizacjach, jak harcerstwo i Związek Studencki, które były w tym czasie zalążkiem przyszłych oddziałów wojskowych w całej zajętej przez zaborców Polsce, a na kielecczyżnie szczególnie, gdzie w Pińczowie ukończył gimnazjum i w 1927 roku został przyjęty do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. Lotnictwo było jego marzeniem. Po ukończeniu szkoły, został przydzielony do 6 Pułku Lotniczego we Lwowie. Dnia 31 sierpnia 1939 roku pułk był już zaopatrzony w samoloty rozpoznawczo-bombowe. Został przebazowany na podstawie planu mobilizacyjnego na polowe lotnisko Nosów, położone w odległości 15 kilometrów od Białej Podlaskiej. Od tej chwili pułk wszedł w skład Brygady Bombowej, pozostającej w dyspozycji naczelnego dowódcy lotnictwa, pułkownika obserwatora Władysława Hallera, jako 4 Lwowski Dywizjon Bombowy w składzie 64 i 65 eksadry, którego dowódcą był major obserwator Alfred Peszke, a oficerem taktyczno-operacyjnym eskadry kapitan obserwator Kazimierz Jaklewicz. Dnia 2 września 1939 roku nadszedł rozkaz wykonania lotu bojowego całym dywizjonem w celu zbombardowania niemieckich kolumn pancernych zbliżających się do Częstochowy w kierunku Warszawy. Jako pierwszy wystartował klucz kapitana Jaklewicza, a za nim zbierały się następne samoloty dywizjonu. Dowódca dywizjonu major Peszke pozostał na lotnisku do czasu wystartowania ostatniego klucza, po czym miał poprowadzić wyprawę na pole walki z szóstym kluczem. Z powodu chwilowych trudności z zapuszczeniem silnika samolotu dowódcy dywizjonu i opóźnionego startu, kapitan Jaklewicz w powietrzu powziął decyzję osobistego przejęcia dowództwa wyprawy i odlotu pięciu kluczy "Karasi" na pole walki. Cel został osiągnięty przez kapitana Jaklewicza brawurowym lotem na małej wysokości. Kolumna pancerna niemiecka w panice poniosła duże straty spowodowane bombami i atakami ogniem koszącym z karabinów maszynowych. "Karaś" kapitana Jaklewicza odniósł szereg poważnych uszkodzeń i naliczono aż 28 trafień pocisków różnych kalibrów. Jak wielu lotników z września 1939 roku, kapitan Jaklewicz zakończył swoje działania bojowolotnicze po wyrzuceniu ostatniej bomby i zużyciu ostatniej kropli benzyny w silniku swego bombowca. Przez Rumunię dostaje się do Francji, gdzie walczy i jest ranny, a następnie do Wielkiej Brytanii. Tam ukończył centralne wyszkolenie w Bramcote i zostaje przydzielony do 305 Dywizjonu Bombowego Ziemi Wielkopolskiej do działań bojowych nocnych na samolotach bombowcach Vickers Amstrong typu Wellington. W dniu 19 lipca 1941 roku w czasie wykonywania lotu bojowego nad Holandią zostaje strącony. Początkowo ukrywał się, ale aresztowany przez gestapo, został przewieziony do Amsterdamu, a później od obozu jenieckiego. Po wyzwoleniu wraca do Wielkiej Brytanii, gdzie kończy kurs dyplomowanych oficerów Wyższej Szkoły Lotniczej w Szkocji i zostaje mianowany majorem. W 1947 roku wraca do Polski. Zostaje zdemobilizowany i zaczyna nowe życie w nowym zawodzie cywilnym - w budownictwie. Zamieszkał w Sopocie. W roku 1947 został awansowany do stopnia' podpułkownika rezerwy. Odznaczony srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militarii Krzyżem Walecznych czterokrotnie. Dnia 7 kwietnia 1982 roku zmarł nagle w Sopocie. Warto wspomnieć o zasługach, dużym wysiłku i poświęceniu, jakie wyświadczył podpułkownik Jaklewicz, jako najstarszy stopniem wojskowym spośród żyjących wówczas oficerów 6 Pułku Lotniczego we Lwowie, 6 Dywizjonu Bombowego i uczestnik walk powietrznych. Dzięki jego usilnym i bezinteresownym staraniom: został wzniesiony Pomnik Lotników Polskich w Oleśnie na grobie lotników poległych w dniu 2 września 1939 roku. Odsłonięcie pomnika nastąpiło 12 września 1970 roku; została odsłonięta tablica pamiątkowa na gmachu Liceum Ogólnokształcącego w Oleśnie z okazji nadania tej szkole imienia Lotników Polskich; została odsłonięta dnia 2 września 1979 roku tablica pamiątkowa z czarnego marmuru, wmurowana na fasadzie kościoła Świętego Zygmunta, najstarszej świątyni w Częstochowie, ku pamięci i czci 27 lotników z Brygady Bombowej (14 oficerów i 13 podoficerów) poległych w walkach powietrznych z niemiecką bronią pancerną w rejonie Częstochowy; wielu rodzinom dopomógł odszukać i zidentyfikować groby lotników poległych we wrześniu 1939 roku, na podstawie osobistych dociekań, opartych na dokumentacji, znanych mu dobrze faktach historycznych i zeznaniach godnych zaufania świadków.


Życiorys opracował Aleksander Brzeski

Prezentowane wspomnienia ukazały się w "Naszej Rodzinie", w kolejnych numerach pisma: 9 (561) 1991, s. 26-30; 10 (562) 1991, s. 11-13 i 11 (563) 1991, s. 12-15


Źródło

"Recogito", lipiec 2004

Dodane dnia 13.03.20063464 Czytań - Drukuj
TVP3 Katowice
Chrześcijańska Telewizja Internetowa

Przedostatnia środa miesiąca godz. 17.35 | „Sola Scriptura…” - cykl programów pokazujący społeczność polskich ewangelików. Audycje poświęcone są istotnym wydarzeniom z życia Kościoła Ewangelicko–Augsburskiego. W kolejnych odcinkach cyklu przedstawione są działania kościoła oraz wyjątkowe historie ewangelików.

Kontakt
Parafia Ewangelicko-Augsburska Lasowice Wielkie
Proboszcz: Ryszard Pieron
ul. Odrodzenia 23,
46-280 Lasowice Wielkie
tel. 77 414 82 14
lasowice@luteranie.pl
pieron@escobb.com.pl
Plan Nabożeństw
SWIFT/BIC: BPKO PL PW
IBAN: PL 41 1020 3668 0000 5302 0116 9390
Zapowiedzi

Zapowiedzi


  • Konkurs filmowy – Dziedzictwo Reformacji – 500 lat Reformacji
    Konkurs fotograficzny 500 LAT REFORMACJI 2017

    Wczasy na ewangelickiej Ziemi w Jubileusz 500 Lat Reformacji

    Strony Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego
    Luteranie Diakonia CME Duszpasterze Dekada Lutra Marcin Luter Chrześcijańska Telewizja Internetowa Zwiastun WARTO
  • Diecezja katowicka
  • Blog Biskupa
  • Bratnia Pomoc im. Gustawa Adolfa
  • OrdynacjaKobiet.pl

  • Nasza strona na facebooku Kościół Ewangelicko - Augsburski Parafia Lasowice Wielkie
    Biblia w internecie
  • biblia-online.pl
  • biblia-internetowa.pl
  • biblia.info.pl

  • 2010-2017 ©

    Powered by v6.01.14 | Darthanian by | Site and contents copyright by
    australia swift code