Wojna wpływa na ludzkie zachowania – zarówno w czasie działań zbrojnych, jak i po ich oficjalnym zakończeniu. Warto pamiętać o lekcjach, jakie dała nam historia i nie dopuścić, by nacjonalizm i język nienawiści ponownie zniszczyły to, co przez dziesięciolecia budowano w Europie – pokój, wzajemną tolerancję i wspólnotę.
Pierwsza wojna światowa trwała cztery lata. Druga wojna światowa ponad pięć. Obecna pełnoskalowa wojna za naszą wschodnią granicą też już trwa ponad cztery lata! A co gorsza, nie zanosi się na to, aby szybko miała się zakończyć. Wydaje się, że przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii działania wojenne na wschodzie Europy rozwijają się z coraz większą intensywnością. To przykre, że nadal muszą żyć w strachu i umierać ludzie w miejscach bezpośrednich działań wojennych, ale i poza nimi. W wiadomościach dominują informacje o dozbrajaniu się czy tworzeniu coraz to nowych i liczniejszych jednostek wojskowych różnego typu. Chyba zmierzamy w złym, konfrontacyjnym kierunku.
Ostatnio, podczas spotkania z osadzonymi w więzieniu, w związku z dyskusją o relacjach polsko-ukraińskich i niedomówieniami dotyczącymi wydarzeń na Wołyniu, obejrzeliśmy film Wojciecha Smarzowskiego Róża. Akcja filmu dzieje się wprawdzie na Mazurach i dotyczy wydarzeń z okresu kończącej się wojny, ich wyzwalania oraz wydarzeń kolejnych miesięcy: wypędzeń ludności, zmiany ustroju państwa, deportacji tych, których uznano za ludzi niewłaściwego pochodzenia i wyznania, także samosądów. Nie są to kresy dawnej południowo-wschodniej Polski, ale wydarzenia w obu tych miejscach cechowało chyba zbliżone okrucieństwo i bezwzględność.
Niestety, po osiemdziesięciu latach od zakończenia wojny na nowo ożywają demony nacjonalizmu politycznego i społecznego, rzekomej czystości narodu oraz osądzania, kto był i jest, a kto nie był i nie jest prawdziwym patriotą. Ale miejmy świadomość, że ci, którzy używają mowy nienawiści, jątrzą i sugerują potrzebę nowych rozliczeń historycznych, a niekiedy wręcz czystek narodowych, religijnych i wyznaniowych, wcale nie pójdą na wojnę! Współczesna historia pokazuje, że wojny i waśnie międzyludzkie rozpętują politycy i przywódcy państwowi, i lokalni, ale giną w nich lub zostają wojennymi kalekami niewinni ludzie i ich rodziny. Kiedyś bywało inaczej: przywódca dowodził swoją armią w pierwszej linii bitwy i często ginął na polu walki razem z żołnierzami. Obecnie przywódcy w swoich czyściutkich gabinetach podejmują decyzje o działaniach wojennych, ale sami w nich nie uczestniczą. Tylko wydają rozkazy, by na śmierć i okaleczenie szli inni.
Jednak wojny prędzej czy później się kończą. Od wieków tak było, że po rozruchach społecznych, różnych rewolucjach i wojnach następowało samowolne i samozwańcze rozliczanie tych, których uważało się za winnych wszystkich nieszczęść. Często dlatego, że mieli odmienne zdanie albo mówili innym językiem, albo wyznawali inną religię lub byli innego wyznania. Za to, że nie chcąc brać udziału w wojnach i rewolucjach, uciekali do innego kraju – zatem dezerterowali. Za to, że obawiali się nadchodzących zmian i głośno ich nie popierali. I tak dalej, i tak dalej. Było, jest i zawsze będzie wiele powodów, aby kogoś ograbić, pobić albo pozbawić życia, twierdząc, że działa się dla wspólnego dobra i w imię sprawiedliwości.
Lata wojny niszczą ludzkie serca, a stykanie się ze śmiercią i bólem zobojętnia na bliźnich. Wszechogarniający strach likwiduje solidarność. Pojawia się chęć odwetu i zemsty, puszczają hamulce racjonalności i następuje totalne odczłowieczenie. Po oficjalnie zakończonych wojnach zawsze były okresy płaczu, strachu, bezprawia oraz gloryfikowania jednych i potępiania innych. Taką własną historię zna chyba każdy europejski i pozaeuropejski kraj i naród.
Po dekadach wychowywania we wspólnej Europie społeczeństw i narodów we wzajemnej akceptacji oraz tolerancji nie niszczmy tego, co osiągnęły współczesne pokolenia nieznające na szczęście okrucieństw wojny. Najmłodsze pokolenie zachodnich Europejczyków, do których i my się zaliczamy, w większości nie odczuwa już raczej w swoich sercach potrzeby odwetu, zemsty czy zadania sąsiadowi bólu. Choć być może takie emocje nosili w sobie nasi dziadkowie czy rodzice. I to jest największa wartość życia w pokoju i we wspólnocie! Módlmy się o mądrość dla tych, którzy rządzą krajami i światem – światem, który dla naszego szczęścia dał nam, ludziom żyjącym na Wschodzie i na Zachodzie, dobry Bóg.
ks. Ryszard Pieron
